środa, 29 października 2014

KRZYSZTOF GIENIUSZ

MALARSTWO PRAWDY



Odkryty przez gdańskiego artystę-malarza Wojciecha Irydosa Mazura, 
samorodny, olbrzymi... geniusz malarski.

___________________

Krzysztof Gieniusz urodził się 9.06.1963 r. w Sokółce w rodzinie wielodzietnej. Dzieciństwo spędził na wsi. Z powodu zaburzenia mowy nie uczęszczał do szkoły. Od 1997 r. jest uczestnikiem WTZ dla osób z upośledzeniem umysłowym. Tu rozpoczęła się jego praca plastyka-amatora. W ciągu czterech lat namalował około 300 obrazów głównie farbami plakatowymi w formacie A1. Po raz pierwszy zauważony na XIII Wojewódzkim Przeglądzie Twórczości Amatorskiej białostockiego WOAK-u w 1998 r.

W 1999 r. jego prace eksponowane były w sokólskim Kredyt Banku, podczas Uroczyska w Supraślu, na ogólnopolskiej imprezie integracyjnej "Bądźmy Razem" w Kołobrzegu i w białostockim muzeum im. Alfonsa Karnego.

Od roku 1999 uczestniczy w Podlaskich Plenerach dla Twórców Niepełnosprawnych, organizowanych w Białowieży przez Stowarzyszenie na rzecz Twórców Niepełnosprawnych "Nike". Niewątpliwym sukcesem była indywidualna wystawa malarstwa Krzysztofa Gieniusza otwarta staraniem Stowarzyszenia w białostockiej kawiarni „Fama” w listopadzie 1999 r. W tym samym roku ukazują się też pierwsze reprodukcje prac malarza z Sokółki opublikowane w takich wydawnictwach NIKE jak kalendarz i informator „Sztuka bez granic”. Jego prace sprzedają się dobrze na aukcjach organizowanych przez Stowarzyszenie.

W roku 2000 powstaje telewizyjny dokument o twórczości Gieniusza, emitowany na antenie ogólnopolskiej, a rok później działająca w Gdańsku Galeria Sztuki „Promyk” z powodzeniem wystawia jego obrazy.

_________________


Twórczość Krzysztofa Gieniusza

Świat według Gieniusza

W literaturze fachowej, poświęconej roli malarstwa w procesie leczenia chorych psychicznie, znerwicowanych i tak czy inaczej niepełnosprawnych stale spotyka się twierdzenie, że uprawianie sztuki ma funkcję terapeutyczną. Przekonanie o zbawiennym działaniu procesu twórczego bierze się głównie z pism Zygmunta Freuda, który był przekonany, że uprawianie każdej sztuki jest terapią. U podstaw takiego przekonania leży mniemanie, że sztuka to przede wszystkim wyrażanie w sposób pośredni swoich nie uświadomionych kompleksów i stłumionych pragnień głównie seksualnych i agresywnych. Terapia sztuką polegałaby więc najogólniej mówiąc na tym, że twórca dając upust tłumionym skłonnościom i lękom, osiąga samooczyszczenie czyli stan katharsis.

Przeciwnicy teorii o autoterapeutycznym działaniu sztuki - głównie z kręgów filozofii egzystencjalnej - nie bez ironii ale i nie bez racji ripostują: gdyby uprawianie malarstwa miało aż taką moc terapeutyczną, to wypadałoby wszystkich malarzy uznać za jednostki wyjątkowo zdrowe psychicznie, a z tym byłby już niejaki kłopot.

Mówiąc najzupełniej poważnie proces twórczy zdaje się być procesem zbyt skomplikowanym, żeby można go było uznać za formę terapii bez żadnego cudzysłowu. Proces ten rozgrywa się w „wewnętrznym teatrze artysty” w sposób niepowtarzalny i za każdym razem przebiega inaczej - uczestniczą w nim na równych prawach instynkt i intelekt, chwilowe emocje i głębokie przemyślenia, gorące uniesienia i chłodna kalkulacja. Z psychologicznego punktu widzenia akt kreacji jest w każdym indywidualnym przypadku czymś innym i dla każdego najprawdopodobniej znaczy coś innego. Jakże zatem upatrywać w nim jednej dla wszystkich recepty na poprawienie stanu na przykład schizofrenika czy człowieka dotkniętego nerwicą?

Pojęciu sztuki jako gry popędów - gry zastępczej wobec nakazów moralnych popartych zakazami prawnymi - zdecydowanie przeciwstawiają się egzystencjaliści, dla których człowiek jest bytem świadomym siebie, skazanym na absolutną wolność i zmuszonym do dokonywania wyborów czyli na mówienie „tak” lub „nie” w konkretnych sytuacjach wymagających określonego zachowania. Tym samym freudowskiemu pacjentowi został przeciwstawiony egzystencjalny twórca, leczącemu się z nerwicy „artyście” - kreator siebie, w sztuce odnajdujący sens istnienia.

Kiedyś oglądając pejzaż Krzysztofa Gieniusza, spytałem go co znaczą kolorowe kręgi na niebie nad Sokółką. Malarz, nie wahając się ani chwilę, wskazał na swoją głowę i przezwyciężając chorobę, która nie pozwala mu płynnie mówić wyznał, że „to tu jest”. Daleki jestem od przecenienia intelektualnej sprawności autora, ale też nie sposób zlekceważyć gestu malarza, który w ten sposób mówi „to ja” czyli kreuje siebie, a nie wizję kosmicznego najazdu. Malarz nie chciał mnie przekonywać, że do Sokółki zbliżają się pojazdy z Kosmosu lecz jak umiał tak powiedział, że on to wymyślił.

Trzeba przy tym dodać, że pejzaż - pomijając kolorowe kręgi na niebie - utrzymany jest w realistycznej stylistyce. Mimo uproszczeń właściwych malarstwu dzieci, jest to jednak zapis małomiasteczkowej rzeczywistości włącznie z jej mieszkańcami wrysowanymi w architekturę Sokółki. Infantylność rysunku bierze się rzecz jasna z możliwości autora ale Autor: Krzysztof Gieniusz plastyczna dojrzałość obrazu powoduje, że można ją odczytywać jak świadomy wybór autora, któremu instynkt podpowiedział taką, a nie inną formę włącznie z wąskim paskiem błękitu u góry kompozycji, który może znaczyć tylko jedno - tak mało tego nieba nad Sokółką.

Domy, ludzie i drzewa z sokólskiego pejzażu Gieniusza, sprowadzone są do prostych znaków graficznych ale tej surowej, żeby nie powiedzieć dziecinnie prostej przestrzeni, towarzyszy kolorystyka sprawiająca, że przed jego obrazami widzowie zatrzymują się dłużej, a jurorzy dorocznych przeglądów twórczości amatorskiej przyznają mu nagrody. Gieniusz cierpi na zaburzenia mowy, ale być może na zasadzie rekompensaty patrzy i widzi znakomicie. Widzi na pewno więcej, a w każdym bądź razie tyle, że postrzega się go już nie tylko w świeci ludzi z domu opieki społecznej jako zdolnego kolorystę.

Geniusz nie zna ani akademickich ani żadnych innych zasad „kładzenia koloru”, nie ma też zapewne wiedzy o symbolice koloru, ale w jego przypadku przysłowiowa „iskra boża” starcza za całą tę wiedzę. Ona też sprawia, że jego obrazy są od początku do końca zakomponowane kolorystycznie i jednobrzmiące niczym etiudy na temat czerwieni, zieleni czy żółci.

Widzenie świata poprzez kolor sprawia, że w pracach malarza z Sokółki, świat przedstawiony traci swój realistyczny wizerunek na rzecz ekspresyjnego koloru, a więc domy i drzewa stają się uproszczonymi formami, które wypełnia kolor. Niektóre z „urbanistycznych” wizji malarza bliższe są wręcz abstrakcji geometrycznej niż malowaniu w stylu „Janka muzykanta” taka jest bowiem ich logika koloru.

Niewiele lub zgoła nic nie ma to wspólnego ze światem ludzi chorych psychicznie malujących swój wewnętrzny pejzaż zaludniony formami z wyobrażeń i zwidów. Wręcz przeciwnie, łatwo zauważyć, że obrazy Gieniusza są odpowiedzią na konkretny i zobaczony przez niego fragment rzeczywistości choćby obserwując jak zmienia się jego paleta wraz ze zmianą pór roku. Po prostu jego pejzaże białe zimą, zielenią się na wiosnę, a jesienią przybierają kolor jesiennych drzew. Przekonywającym argumentem może też być tu jedna z najnowszych prac Gieniusza - wizerunek Ukrzyżowanego, zainspirowany zobaczonym w białowieskiej kapliczce krucyfiksem.

Dzięki zapobiegliwości Celiny Łuckiewicz, która opiekuje się Gieniuszem, można w sokólskim domu opieki zobaczyć jego szkice do obrazów. Najpierw malarz rysuje „temat” i jest to jedyna w swoim rodzaju siatka niczym pajęczyna szczelnie wypełniająca całą powierzchnię obrazu. Wyraźnie ma to charakter celowej konstrukcji czy rusztowania, na którym malarz „rozwiesza” później swoje kolory. Już w rysunku wyznaczony zostaje rytm całej kompozycji, która w ostatniej fazie tworzenia niczym witraż zapala się kolorami. Ciekawe jest tu także, że malarz z niezwykłą konsekwencją posługuje się kątem prostym i takąż linią w przedstawianiu świata nieorganicznego na przykład architektury, a dla ludzi, zwierząt i drzew ma zarezerwowaną wyłącznie linię płynną. Czyż nie jest to tworzenie harmonijnego obrazu świata w poszukiwaniu sensu istnienia, nawet jeśli malarz nie potrafi tego tak nazwać?

Gieniusz lubi czerwień, która kojarzy się z krwią, pożarem i namiętnością, a jest przede wszystkim bardzo wyrazistym środkiem plastycznego słownika. Poprzez czerwień malarz zdaje się mówić o świecie, który jest zbudowany na walce o władzę i pieniądze, a więc o świecie, który jest poza malarzem z Sokółki, co jednak nie znaczy, że przestał go obchodzić. Jeszcze dalej w obrazach Gieniusza zdaje się być do błękitu nieba - jakkolwiek by to niebo malarz rozumiał. Sporo w tych pracach zieleni, która nieodłącznie wiąże się z nadzieją jaką niesie zieleń wiosny, ale najciekawsze mimo wszystko zdają się być w tym malarstwie różne odcienie żółci, a zwłaszcza żółto świecące okna domów Gieniusza. Tylko w świecie sztuki mogło się zdarzyć to, co zdarza się na obrazach, malarza, który nie skończył nawet szkoły podstawowej - okna świecą tu światłem domowego ogniska, ale jest w tym świeceniu jakiś niepokój przywodzący na myśl żółć z obrazów van Gogha.

Nie da się zapomnieć, że malarz z Sokółki ponad trzydzieści lat przeżył w samotności z piętnem psychicznie chorego podczas gdy cała jego inność polega głównie na zaburzeniach mowy. Dopiero teraz, zauważony a nawet doceniany jako malarz, próbuje rozmawiać ale przede wszystkim kolorami. Maluje dużo, szybko i intensywnie jakby chciał powiedzieć wszystko to, co się w nim nagromadziło przez trzydzieści lat samotności.

Andrzej Koziara




/Bez uszczerbku dla obu, powiedzieć można, że i Nikifor, i Gieniusz obdarowani zostali nieprzeciętnymi wręcz - gigantycznymi talentami dawania radości przez kolor i formę, lecz dalej mało kto wie, dlaczego to jest wartością?/